czwartek, 21 września 2017

Urodzinowe DIY: Box kinowy!

Dzisiaj, 21 września, mój chłopak, Kosma, obchodzi swoje 28. urodziny! 
-> w komentarzach możecie składać mu życzenia, na pewno się ucieszy! :D <-


Z tej okazji postanowiłam przygotować dla niego coś specjalnego. Bardzo chciałam, żeby było to coś innego, zapadającego w pamięć i, oczywiście!, zrobionego ręcznie.
Nie chciałam kupować koszulki, skarpetek albo pianki do golenia, jak to zazwyczaj kupuje się w prezencie mężczyznom... Bardzo długo zastanawiałam się, jak zrobić coś ciekawego, coś, co go naprawdę zaskoczy i ucieszy. Od tygodni przekopywałam internet, w poszukiwaniu inspiracji. Początkowo padło na exploding box. Jednak po namyśle uznałam, że nie jest to aż takie WOW. W końcu wpadłam na inny pomysł - BOX TEMATYCZNY!
 


Motywem przewodnim mojego pudełka został motyw kinowy. Do środka włożyłam przekąski - orzeszki, wafelki, popcorn, M&Msy, sok, 7daysy. Dodatkowo zakupiłam trzy polskie filmy na DVD, książeczkę do mini-gier w Tigerze i przygotowałam kartkę urodzinową.


Wykonanie pochłonęło dużo mojego czasu, pracy rąk i emocji. Efekt końcowy jest jednak, moim zdaniem, naprawdę w porządku! 

Kosmie prezent bardzo się spodobał, co ucieszyło też mnie. :)

Zerknijcie, jak to wygląda - na zdjęciach niżej. 

No i koniecznie - dajcie znać, jak Wam się podoba! :)








































środa, 13 września 2017

Flipbook DIY - hello, Minnie Mouse!

Cześć, cześć, Kochani!

Dziś chcę pokazać Wam flipbook, który wykonałam ostatnio dla mojej nowej penpalki, która uwielbia Disneya. Pomysł pojawił się spontanicznie, podczas zakupów spożywczych w Biedronce. Wśród porozrzucanych kredek, nożyczek, karteczek samoprzylepnych, rzucił mi się w oczy cieniutki zeszyt z Minnie Mouse na okładce. Uznałam, że wydam tych 40 polskich groszy i zakupię go, bo pięknie posłuży mi do wykonania niespodzianki dla penpalki. 


Użyłam też bloku z kolorowymi kartkami i kolorowej taśmy z zestawu tasiemek z Biedronki. Szukając cytatu, który mogłabym umieścić na jednej ze stron, znalazłam motyw, który znalazł w późniejszej fazie także na kopercie - głowa i uszy Myszki Miki. 


Nie przeciągając, poniżej efekty tego całego przedsięwzięcia. :) 

Dajcie koniecznie znać w komentarzu, co myślicie. :) 







wtorek, 5 września 2017

On tour: Zakopane, hej!

W ten deszczowy, zimny poranek chciałabym zaprosić Was dzisiaj w małą podróż. Mianowicie zabiorę Was do Zakopanego, zimowej stolicy naszego pięknego kraju.

Zakopane od zawsze ma w moim wyobrażeniu magiczną, tęczową wstążkę wokół swoich granic. Pewnie wiąże się to z faktem, że jako fanka skoków narciarskich, mimowolnie kojarzę je z miejscem, gdzie dzieją się cuda. Można przecież na własne oczy zobaczyć, jak Twój ulubiony zawodnik zasiada na belce startowej Wielkiej Krokwi, szybuje w powietrzu i ląduje telemarkiem. Można też w Biedronce obok hotelu Hyrny spotkać ojca Maćka Kota i dziennikarza TVP1. W powietrzu, razem z płatkami śniegu, wiruje też ta ekscytująca myśl, że na każdym kroku wpaść możesz na kogoś, kogo od lat każdego dnia zimy wyczekujesz na ekranie telewizora. Skoczne dziewczyny na pewno zgodnie potwierdzą! :)
W Zakopanem byłam w sumie cztery razy. Pierwszy raz miał miejsce na kolonii w podstawówce. Mieszkaliśmy wtedy w Białce Tatrzańskiej w pensjonacie Maria. Pewnego dnia wpakowano nas w autokar i wywieziono na Krupówki. W zasadzie, nie mogę wiele na temat tej wycieczki powiedzieć, bo pamiętam ją urywkami. Najbardziej zapadło mi w pamięci grupowe śpiewanie piosenek na tyłach autokaru w drodze powrotnej. :)
Drugi raz w Zakopanem byłam z moją rodziną. Było to w 2008 lub 2009 roku. Mieliśmy spędzić w podhalańskim Murzasichle święta wielkanocne. Na miejsce dotarliśmy w Wielką Sobotę popołudniu. Pensjonat był naprawdę imponujący, a z okien rozciągał się zapierający dech w płucach widok na tatrzańskie szczyty. Pamiętam dokładnie, że niebo było błękitno-różowe. Niestety, moja mama bardzo źle się tam czuła i musieliśmy z powrotem wrócić do domu. Przed wyjazdem podjechaliśmy jeszcze do Zakopanego, żeby chociaż przejść się Krupówkami.
Po raz trzeci Zakopane odwiedziłam zimą z moją najlepszą przyjaciółką na świecie, Weroniką z Torunia. Poznałyśmy się właśnie dzięki skokom narciarskim w 2008 roku. :) Celem naszej wyprawy do Zakopanego był Puchar Świata w skokach narciarskich. Długo odliczałyśmy dni, planowałyśmy wszystko w głowie, nie mogłyśmy spać nocami... by wreszcie, w styczniu 2013 roku, móc obejrzeć zmagania najlepszych skoczków świata na żywo, na trybunach Wielkiej Krokwi. Świetnie pamiętam Zakopane spowite śniegiem. Pełne ludzi. Tętniące życiem. Kolorowe. Wesołe. Mieszkałyśmy bardzo blisko skoczni, w małym domku rodzinnym. Na podwórzu biegał ogromny, czarny pies. Raz, wracając w nocy z pamiętnej eskapady na Obercanewkę, tak się bałyśmy, że pies będzie biegał wokół domu i nie będziemy mogły do niego wejść! Nie było wtedy zbyt wiele czasu na zwiedzanie jako takie. Kilka razy byłyśmy na Krupówkach, po pocztówki czy po obiad w Maku. Być w Zakopanem i stołować się w Maku... Cóż, byłyśmy wtedy biednymi uczennicami technikum. :D Ja zrezygnowałam ze swojej Studniówki, żeby jechać na skoki i po kilku latach - wciąż tego nie żałuję! Moja wychowawczyni, Pani Bzdak, bardzo ubolewała nad tym przykrym faktem, że wybieram skoki a nie moją klasę, wspólną zabawę, Studniówkę, która przecież zdarza się raz w życiu. Minęły 4 lata odkąd ukończyłam szkołę średnią, z moimi ówczesnymi klasowymi kolegami nie mam praktycznie żadnego kontaktu. Bo to, że mamy się wzajemnie w szeregach znajomych na FB i sporadycznie polubimy sobie zdjęcia, nie czyni naszej relacji koleżeńską czy przyjacielską. Wtedy właśnie używałam tego argumentu jako jedynego i najbardziej słusznego. Powtarzałam, że skończę szkołę i tych ludzi w moim życiu nie będzie, a skoki będą zawsze. Mniej lub bardziej, ale zawsze. Akurat w wieczór, w który Studniówka miała się odbywać, na skoczni trwała rywalizacja. Śmiałyśmy się z Weroniką, że to właśnie my mamy najlepszą Studniówkę na świecie. Bo, swoją drogą, Weronika także na swój bal maturalny nie poszła. :)
Zakopane pod białym puchem śniegu wydaje się być przepiękne. Malownicze krajobrazy, niebotyczne szczyty gór, drewniane domy na każdym kroku. Byłam nim zafascynowana, oczarowana. Było najpiękniejszym miastem na świecie. Otoczona murem srogich Tatr, osada piękna i wytchnienia...
Aż do wrześniowej soboty, roku 2017! Wtedy to właśnie miała miejsce moja ostatnia podróż do Zakopanego. Wybraliśmy się w drogę po 7 rano. Było zimno, padał deszcz, niebo kompletnie zasnuły szare chmury. Po drodze mijaliśmy centra kolejnych miast: Mikołowa, Tych, Wadowic, Oświęcimia... Na miejsce dojechaliśmy około godziny 12 w południe. Wszędzie wokół - tłumy ludzi i samochodów. Zaparkowaliśmy w centrum, niedaleko Krupówek. Na Krupówki też skierowaliśmy nasze pierwsze kroki. Tatr nie było widać w ogóle. Mgła otuliła je szczelnie i zasłoniła przed ciekawskimi spojrzeniami przyjezdnych turystów. Czułam się tak, jakbym właśnie dotarła do Gliwic, Katowic, Zabrza, albo jeszcze innego, zwykłego miasteczka jakich miliony w całej Polsce. Czar prysł. Mityczne Zakopane przeobraziło się w zwykłe, szare, przepełnione ludźmi miasteczko. Nie czułam już jego wyjątkowości, wręcz przeciwnie - stało się irytujące. Zagmatwane, zasypane reklamami, śmierdzące pizzą i frytkami. Próbowałam odszukać to wszystko, co tak mnie w nim fascynowało. Może powinnam odejść od centrum, zagłębić się w jego zaułki? Przypominając sobie wszystkie miejsca w których byłam - nawet to nic by nie dało. Jedynie nadgryzione zębem czasu, góralskie, drewniane domy jakoś podnosiły mnie na duchu. I Wielka Krokiew. Moje stopy odtwarzały wędrówkę śladami zimy 2013. Jednak to nie było już to samo. Rozczarowanie i gorycz. Totalna klapa. Chciałam już tylko wsiąść do samochodu i wracać do domu. Wymazać ten obraz szarego, tandetnego jak najtańsza chińszczyzna Zakopanego z głowy i myśleć, i wierzyć, że byłam tam, gdzie dzieje się magia, gdzie znikają wszystkie troski i smutki, gdzie szczyty Tatr dotykają puchu chmur...