poniedziałek, 9 października 2017

DIY: Exploding box!

Cześć, kochani!

Nareszcie przyszła moja ukochana pora roku - jesień. Nie mogłam doczekać się widoku drzew, pokrytych kolorowymi liśćmi, uroczej mgiełki późnymi popołudniami, mrozu na policzkach o poranku, dżdżystej pogody, ciepłych swetrów, pachnącej herbaty... A Wy lubicie jesień? :)

Ostatnio, lekko chorując, musiałam czekać do 2:00 w nocy, żeby brać antybiotyk, a to wiązało się z faktem, iż miałam sporo czasu na przygotowanie małego drobiazgu dla mojego chłopaka z okazji naszej nadchodzącej rocznicy. 
Tym razem nie miałam żadnych problemów z pomysłem na niego. Wiedziałam już od jakiegoś czasu, że na pewno będzie to exploding box. Brzmi świetnie, ale z wykonaniem wcale nie było tak prosto! Postanowiłam zrobić wszystko - od początku do końca - własnoręcznie. 
Faktem jest, że znalazłam na stronie sklepiku ''Na-Strychu'' gotową bazę do exploding boxa za kilka złotych, ale była ona zdecydowanie za malutka. 

Na początek zrobiłam bazę i pokrywkę. Wybrałam zwykłą tekturkę z bloku technicznego i bordowe kartki. Następnie całość ozdobiłam - zdjęciem, naklejkami, drewnianymi literkami, serduszkami z papieru, błyszczącymi konfetti i cekinami. Poniżej pokazuję Wam efekt końcowy. :)

Co myślicie?! Liczę na Wasze opinie w komentarzach. :)





środa, 4 października 2017

Opowiadanie z pocztówką w tle: "Kartka pocztowa" (rozdział 1)



Słońce na dobre ukryło się za horyzontem, a na hebanowym, wieczornym niebie błysnęła pierwsza gwiazda. Rudy kot Morus wygodnie ułożył się na kocu, który dla ocieplenia surowego wnętrza pokoju położyła na parapecie kilka dni temu. 

- Pora wreszcie to zrobić, Soph - szepnęła, dodając sobie otuchy i zerkając na ogromną walizkę, stojącą w progu salonu. Brązowa skóra zdążyła już popękać w kilku miejscach. Całość pokrywała gruba warstwa kurzu. Miesiąc temu babcia Klementyna postanowiła na jesień życia odmienić diametralnie swoje dotychczasowe życie. Jak sama wszystkich członków rodziny zapewniała, wyszukała w internecie mały, uroczy domek nad brzegiem Bałtyku i bez dwóch zdań postanowiła się do niego przeprowadzić. Już następnego dnia upchnęła do bagażnika swojego Fiata Panda swetry dziorgane na drutach zimowymi wieczorami, czarne spodnie w kant, kupowane od lat na tym samym bazarku w centrum miasta, malinowe pantofelki i słomkowy kapelusz, nabyty w wakacje na deptaku przy plaży w Juracie, pomachała ręką na do widzenia, zatrąbiła podwójnie i odjechała. Babcia Klementyna zawsze była bardzo spokojna i stonowana, momentami wręcz zimna. Nigdy słowem nie wspomniała o swojej młodości. Raz lub dwa widziała ją tylko, jak ukradkiem, późnym wieczorem, skrada się schodami na poddasze. Tam mieścił się strych, w którym od lat walało się mnóstwo rodzinnych gratów. Wśród nich między innymi samochodziki jej brata, przysyłane zza niemieckiej granicy od ciotki Stefy - prawdziwy rarytas w czasach młodości jej i Pascala. Doskonale pamiętała, jak pewnego dnia Pascal uparł się, żeby pochwalić się kolekcją samochodów przed kolegami na podwórku. Upchał zabawki do kieszeni spodni i plecaka z misiem i pobiegł do swoich rozwrzeszczanych, umorusanych kompanów. Nie minęły trzy minuty jak rozległ się jego przeraźliwy płacz. Kajtek podebrał Pascalowi ulubionego, czerwonego resoraka i wrzucił do studzienki kanalizacyjnej. Aż dziw bierze, że tych dwoje przyjaźni się ze sobą po dzień dzisiejszy. Kajtek nawet był drużbą na ślubie Pascala zeszłego lata. 

Na strychu, na długich półkach potwornie starego regału, mama ustawiała słoiczki z konfiturami, robionymi każdego roku pod koniec lata. Właśnie te konfitury najbardziej przywodzą jej na myśl dzieciństwo. W ogrodzie za ich domem, późnymi popołudniami sadziły z mamą rozmaite owoce. Pamięta, jak wciągała białe rękawiczki i grzebała w ziemi, wrzucając do małych dziurek nasiona. Po kilku miesiącach pielęgnowania, podlewania i podziwiania - mogła zerwać z gałązki czerwoną truskawkę albo porzeczkę. Mama zawsze mówiła jej, żeby mówiła do roślinek na grządkach z czułością w głosie. Wtedy miały przynosić najsłodszy plon.


Na strychu stał też kufer, w którym przechowywano suknie wieczorowe prababci. Z opowiadań mamy wiedziała, że prababcia była pełną wdzięku, klasy i stylu kobietą. Kiedy była młoda, wszyscy chłopcy z okolicy zabiegali o jej rękę. Niemal każdego dnia u progu drzwi stał bukiet kwiatów od ''cichego wielbiciela''. Zawsze starannie uczesana, z doskonałym makijażem i szczerym uśmiechem na ustach, była zjawiskowa i nie dało się jej nie zapamiętać. Każdy bardzo ją lubił. Dzięki niepowtarzalnej barwie swojego głosu, udało jej się dostać angaż w jednym z najlepszych klubów wieczorowych przedwojennego Berlina. Występowała na jego scenie niemal każdego dnia. Każdego - w innej sukni. Kilka z nich leży do teraz w tymże kufrze. Kiedy mała Soph słuchała opowieści o przebojowych losach prababki Jozephine, błyszczały jej oczy z zaciekawienia, a policzki wręcz pąsowiały. Zawsze wtedy mama zabierała ją na strych, otwierała ciężkie wieko kufra i pokazywała kolorowe, delikatne tkaniny sukien. 


Zegar wybił 21:30. Soph westchnęła cicho i opuszkiem palca poprowadziła ślad wśród kurzu wieka walizki, którą z niemałymi problemami przytargała na środek pokoju. Nie bardzo wiedziała, czego spodziewać się po zawartości tego cudacznego spadku. Podejrzewała nieśmiało, że to właśnie z powodu tej walizki babcia wymykała się wieczorami na strych. Zanosząc z mamą konfitury, kilka razy kątem oka dostrzegła, że za kufrem prababci stoi coś jeszcze. Coś dużego, ciemnego i z brązowym, odstającym uchwytem. Najwidoczniej była to ta właśnie walizka! Zaczepy zagruchotały, podniosła delikatnie wieko. Zamarła w bezruchu, próbując w nędznym świetle nocnej lampki określić, co znajduje się wewnątrz, tylko po konturach przedmiotów, które rozlewały jej się w oczach. Wytężając wzrok przez dobrych kilka sekund, wreszcie uznała, że to, co kryła tajemnicza walizka to tylko sterta starych papierzysk. No nieźle, babciu, dzięki - mruknęła pod nosem, łapiąc się na tym, że przez chwilę liczyła, że w tej walizce czeka na nią szkielet jakiegoś babcinego amanta sprzed lat, który zaginął bez wieści w szalenie tajemniczych okolicznościach. Oczyma wyobraźni widziała już, jak sama w pelerynie detektywa bada wszystkie tropy tej sprawy i z sukcesem ją rozwiązuje. No i po rodzinnej tajemnicy! - obwieściła głośno, podnosząc się z kolan i kierując kroki do kuchni, gdzie na blacie zostawiła kubek zielonej herbaty. Kot Morus ziewnął ospale i ruszył za nią, licząc, że i na niego czeka w misce coś dobrego.



__________________________________________

''Moja najdroższa Klementynko...

Piszę do Ciebie, kochana, z pociągu do Krakowa. Musiałem wyjechać tak nagle, bez pożegnania. Mam skrytą nadzieję, że będziesz w stanie mi to wybaczyć.
Tęsknię do Ciebie i do naszej ławeczki w parku. Tej naszej, w alejce, pod klonem. Sama wiesz!
Napiszę jeszcze.
Całuję Cię. Najbardziej w nadgarstki. Noś rękawiczki, nie odmroź!
Twój,
Karol"
__________________________________________



Odłożyła skrawek pożółkłego papieru na poduszkę obok siebie. Kto to ten cały Karol? Pocztówka nadana z Krakowa, na adres babci, kierowana do babci... Ale przecież dziadek miał na imię Jerzy! Nic z tego nie rozumiem... Kiedy mama się urodziła? Kiedy był ślub dziadków? Zaraz, zaraz... Ach, tak! Pocztówka nadana dwa lata przed ślubem, uf... A jeśli babcia miała romans? Jeśli ten Karol w jakiś sposób zawsze był obecny w jej życiu? Był jeden taki... kolega... przychodził do babci na herbatę i gry karciane raz w miesiącu. Ale to chyba był ten... no... jak mu tam?! Franciszek! Tak, pan Franciszek to był! - myśli kotłowały się w jej głowie, nerwowo podrygiwała kolanem, a przed oczyma leżała jeszcze cała góra kolejnych pocztówek z przeszłości. Nadtarganych, poplamionych, szaroburych, z zagiętymi rogami. Mimo, że ciekawość niemal rozsadzała ją od środka, było zbyt późno, by dzwonić do mamy. I chyba nie wypada pytać, czy dziadek Jerzy to oby na pewno jej ojciec... Może powinna zapytać babcię wprost? Ale przecież babcia nie może się nawet przypadkiem dowiedzieć, że ta walizka trafiła w jej ręce. No bo skoro babcia przez tyle lat to wszystko skrupulatnie ukrywała na jakimś zapomnianym strychu, to te wszystkie pocztówki miały pozostać zapomniane i nieodnalezione... Więc jednak babcia była trochę niegrzeczna - pomyślała i automatycznie parsknęła śmiechem, sięgając po drugą pożółkłą pocztową kartkę...


______
fot. Danka Pałęga
tekst: Danka Pałęga

czwartek, 21 września 2017

Urodzinowe DIY: Box kinowy!

Dzisiaj, 21 września, mój chłopak, Kosma, obchodzi swoje 28. urodziny! 
-> w komentarzach możecie składać mu życzenia, na pewno się ucieszy! :D <-


Z tej okazji postanowiłam przygotować dla niego coś specjalnego. Bardzo chciałam, żeby było to coś innego, zapadającego w pamięć i, oczywiście!, zrobionego ręcznie.
Nie chciałam kupować koszulki, skarpetek albo pianki do golenia, jak to zazwyczaj kupuje się w prezencie mężczyznom... Bardzo długo zastanawiałam się, jak zrobić coś ciekawego, coś, co go naprawdę zaskoczy i ucieszy. Od tygodni przekopywałam internet, w poszukiwaniu inspiracji. Początkowo padło na exploding box. Jednak po namyśle uznałam, że nie jest to aż takie WOW. W końcu wpadłam na inny pomysł - BOX TEMATYCZNY!
 


Motywem przewodnim mojego pudełka został motyw kinowy. Do środka włożyłam przekąski - orzeszki, wafelki, popcorn, M&Msy, sok, 7daysy. Dodatkowo zakupiłam trzy polskie filmy na DVD, książeczkę do mini-gier w Tigerze i przygotowałam kartkę urodzinową.


Wykonanie pochłonęło dużo mojego czasu, pracy rąk i emocji. Efekt końcowy jest jednak, moim zdaniem, naprawdę w porządku! 

Kosmie prezent bardzo się spodobał, co ucieszyło też mnie. :)

Zerknijcie, jak to wygląda - na zdjęciach niżej. 

No i koniecznie - dajcie znać, jak Wam się podoba! :)








































środa, 13 września 2017

Flipbook DIY - hello, Minnie Mouse!

Cześć, cześć, Kochani!

Dziś chcę pokazać Wam flipbook, który wykonałam ostatnio dla mojej nowej penpalki, która uwielbia Disneya. Pomysł pojawił się spontanicznie, podczas zakupów spożywczych w Biedronce. Wśród porozrzucanych kredek, nożyczek, karteczek samoprzylepnych, rzucił mi się w oczy cieniutki zeszyt z Minnie Mouse na okładce. Uznałam, że wydam tych 40 polskich groszy i zakupię go, bo pięknie posłuży mi do wykonania niespodzianki dla penpalki. 


Użyłam też bloku z kolorowymi kartkami i kolorowej taśmy z zestawu tasiemek z Biedronki. Szukając cytatu, który mogłabym umieścić na jednej ze stron, znalazłam motyw, który znalazł w późniejszej fazie także na kopercie - głowa i uszy Myszki Miki. 


Nie przeciągając, poniżej efekty tego całego przedsięwzięcia. :) 

Dajcie koniecznie znać w komentarzu, co myślicie. :) 







wtorek, 5 września 2017

On tour: Zakopane, hej!

W ten deszczowy, zimny poranek chciałabym zaprosić Was dzisiaj w małą podróż. Mianowicie zabiorę Was do Zakopanego, zimowej stolicy naszego pięknego kraju.

Zakopane od zawsze ma w moim wyobrażeniu magiczną, tęczową wstążkę wokół swoich granic. Pewnie wiąże się to z faktem, że jako fanka skoków narciarskich, mimowolnie kojarzę je z miejscem, gdzie dzieją się cuda. Można przecież na własne oczy zobaczyć, jak Twój ulubiony zawodnik zasiada na belce startowej Wielkiej Krokwi, szybuje w powietrzu i ląduje telemarkiem. Można też w Biedronce obok hotelu Hyrny spotkać ojca Maćka Kota i dziennikarza TVP1. W powietrzu, razem z płatkami śniegu, wiruje też ta ekscytująca myśl, że na każdym kroku wpaść możesz na kogoś, kogo od lat każdego dnia zimy wyczekujesz na ekranie telewizora. Skoczne dziewczyny na pewno zgodnie potwierdzą! :)
W Zakopanem byłam w sumie cztery razy. Pierwszy raz miał miejsce na kolonii w podstawówce. Mieszkaliśmy wtedy w Białce Tatrzańskiej w pensjonacie Maria. Pewnego dnia wpakowano nas w autokar i wywieziono na Krupówki. W zasadzie, nie mogę wiele na temat tej wycieczki powiedzieć, bo pamiętam ją urywkami. Najbardziej zapadło mi w pamięci grupowe śpiewanie piosenek na tyłach autokaru w drodze powrotnej. :)
Drugi raz w Zakopanem byłam z moją rodziną. Było to w 2008 lub 2009 roku. Mieliśmy spędzić w podhalańskim Murzasichle święta wielkanocne. Na miejsce dotarliśmy w Wielką Sobotę popołudniu. Pensjonat był naprawdę imponujący, a z okien rozciągał się zapierający dech w płucach widok na tatrzańskie szczyty. Pamiętam dokładnie, że niebo było błękitno-różowe. Niestety, moja mama bardzo źle się tam czuła i musieliśmy z powrotem wrócić do domu. Przed wyjazdem podjechaliśmy jeszcze do Zakopanego, żeby chociaż przejść się Krupówkami.
Po raz trzeci Zakopane odwiedziłam zimą z moją najlepszą przyjaciółką na świecie, Weroniką z Torunia. Poznałyśmy się właśnie dzięki skokom narciarskim w 2008 roku. :) Celem naszej wyprawy do Zakopanego był Puchar Świata w skokach narciarskich. Długo odliczałyśmy dni, planowałyśmy wszystko w głowie, nie mogłyśmy spać nocami... by wreszcie, w styczniu 2013 roku, móc obejrzeć zmagania najlepszych skoczków świata na żywo, na trybunach Wielkiej Krokwi. Świetnie pamiętam Zakopane spowite śniegiem. Pełne ludzi. Tętniące życiem. Kolorowe. Wesołe. Mieszkałyśmy bardzo blisko skoczni, w małym domku rodzinnym. Na podwórzu biegał ogromny, czarny pies. Raz, wracając w nocy z pamiętnej eskapady na Obercanewkę, tak się bałyśmy, że pies będzie biegał wokół domu i nie będziemy mogły do niego wejść! Nie było wtedy zbyt wiele czasu na zwiedzanie jako takie. Kilka razy byłyśmy na Krupówkach, po pocztówki czy po obiad w Maku. Być w Zakopanem i stołować się w Maku... Cóż, byłyśmy wtedy biednymi uczennicami technikum. :D Ja zrezygnowałam ze swojej Studniówki, żeby jechać na skoki i po kilku latach - wciąż tego nie żałuję! Moja wychowawczyni, Pani Bzdak, bardzo ubolewała nad tym przykrym faktem, że wybieram skoki a nie moją klasę, wspólną zabawę, Studniówkę, która przecież zdarza się raz w życiu. Minęły 4 lata odkąd ukończyłam szkołę średnią, z moimi ówczesnymi klasowymi kolegami nie mam praktycznie żadnego kontaktu. Bo to, że mamy się wzajemnie w szeregach znajomych na FB i sporadycznie polubimy sobie zdjęcia, nie czyni naszej relacji koleżeńską czy przyjacielską. Wtedy właśnie używałam tego argumentu jako jedynego i najbardziej słusznego. Powtarzałam, że skończę szkołę i tych ludzi w moim życiu nie będzie, a skoki będą zawsze. Mniej lub bardziej, ale zawsze. Akurat w wieczór, w który Studniówka miała się odbywać, na skoczni trwała rywalizacja. Śmiałyśmy się z Weroniką, że to właśnie my mamy najlepszą Studniówkę na świecie. Bo, swoją drogą, Weronika także na swój bal maturalny nie poszła. :)
Zakopane pod białym puchem śniegu wydaje się być przepiękne. Malownicze krajobrazy, niebotyczne szczyty gór, drewniane domy na każdym kroku. Byłam nim zafascynowana, oczarowana. Było najpiękniejszym miastem na świecie. Otoczona murem srogich Tatr, osada piękna i wytchnienia...
Aż do wrześniowej soboty, roku 2017! Wtedy to właśnie miała miejsce moja ostatnia podróż do Zakopanego. Wybraliśmy się w drogę po 7 rano. Było zimno, padał deszcz, niebo kompletnie zasnuły szare chmury. Po drodze mijaliśmy centra kolejnych miast: Mikołowa, Tych, Wadowic, Oświęcimia... Na miejsce dojechaliśmy około godziny 12 w południe. Wszędzie wokół - tłumy ludzi i samochodów. Zaparkowaliśmy w centrum, niedaleko Krupówek. Na Krupówki też skierowaliśmy nasze pierwsze kroki. Tatr nie było widać w ogóle. Mgła otuliła je szczelnie i zasłoniła przed ciekawskimi spojrzeniami przyjezdnych turystów. Czułam się tak, jakbym właśnie dotarła do Gliwic, Katowic, Zabrza, albo jeszcze innego, zwykłego miasteczka jakich miliony w całej Polsce. Czar prysł. Mityczne Zakopane przeobraziło się w zwykłe, szare, przepełnione ludźmi miasteczko. Nie czułam już jego wyjątkowości, wręcz przeciwnie - stało się irytujące. Zagmatwane, zasypane reklamami, śmierdzące pizzą i frytkami. Próbowałam odszukać to wszystko, co tak mnie w nim fascynowało. Może powinnam odejść od centrum, zagłębić się w jego zaułki? Przypominając sobie wszystkie miejsca w których byłam - nawet to nic by nie dało. Jedynie nadgryzione zębem czasu, góralskie, drewniane domy jakoś podnosiły mnie na duchu. I Wielka Krokiew. Moje stopy odtwarzały wędrówkę śladami zimy 2013. Jednak to nie było już to samo. Rozczarowanie i gorycz. Totalna klapa. Chciałam już tylko wsiąść do samochodu i wracać do domu. Wymazać ten obraz szarego, tandetnego jak najtańsza chińszczyzna Zakopanego z głowy i myśleć, i wierzyć, że byłam tam, gdzie dzieje się magia, gdzie znikają wszystkie troski i smutki, gdzie szczyty Tatr dotykają puchu chmur...











środa, 30 sierpnia 2017

Koci flipbook - krok po kroku.

Dzień dobry! 

Dziś chciałabym zaprezentować Wam koci flipbook, który wykonałam dla penpalki z Turcji, Humeyry. 
Historia jego powstania jest wręcz banalna. Jakiś czas temu moja mama kupiła mi wydanie specjalne Mollie Potrafi, zatytułowane: ZRÓB TO Z PAPIERU! Wewnątrz znajdują się informacje na temat papierowych dekoracji, scrapbookingu, kaligrafii czy origami. Przeglądając jego karty, natrafiłam na obrazek papierowego kota... no i pomysł na flipbook automatycznie sam pojawił się w mojej głowie. 







































Żeby taki flipbook wykonać potrzebne będą:
- kartki z kolorowego bloku technicznego. Kolory kota, jego oczu, wąsów każdy może wybrać sobie jakie tylko chce i jakie mu się podobają. Rozmiar także ustala się według własnych preferencji.
- kawałek kolorowej wstążki. 
- nożyczki
- ołówek
- klej
- taśma klejąca dwustronna
- mazak
- blok papierów kreatywnych, ale to w ramach uznania. Ja wykorzystałam różowe literki z takiego kreatywnego bloku, który kupiłam w Biedronce. 
- filcowe serduszko, też w ramach uznania. Można zastąpić je wszystkim innym, np. kwiatkiem albo serduszkiem wyciętym z papieru kolorowego. Jeśli kot ma być kotem, a nie kotką, można mu wtedy przytwierdzić krawat. Myślę, że też fajnie by to wyglądało. :)


Krok po kroku:
1. Przede wszystkim narysować musimy szablon kota. Kartkę z bloku zginamy na pół i rysujemy kota (jak na zdjęciu powyżej, tylko robimy mu dłuższy tułów). Trzeba pamiętać, że narysować go trzeba tak, żeby po wycięciu kartka otwierała się. 
2. Wycinamy kota z papieru. 
3. Rysujemy na kolejnej kartce dwa kółka, które będą oczami naszego kota. Wycinamy je i rysujemy w środku mazakiem małe kółeczka lub taki wzorek, jak na zdjęciu wyżej. 
4. Wycinamy z papieru wąsy i nosek. 
5. Przykładamy gotowe oczy, wąsy i nosek do głowy naszego kota i przyklejamy. 
6. Następnie możemy przytwierdzić serduszko lub krawat. Możecie dodać też inne elementy, np. łapki i torebkę. W sumie - wszystko w Waszych rękach! :)
7. Odwracamy naszego kota tyłem na przód. Przyklejamy kawałek dwustronnej taśmy klejącej. Przyklejamy do niej wstążkę, tak, żeby sięgała do pierwszej strony flipbooka. 
8. Teraz można przykleić napis z literek. Można go nakleić, samemu napisać, lub w ogóle tego nie robić. Sami musicie ocenić, jak bardziej Wam się podoba. :)
9. Otwieramy naszego kota i w środku dekorujemy według uznania. Można przykleić koperty i do nich włożyć list i małe prezenty (naklejki, herbaty), napisać jakiś cytat, wkleić wycięte z gazety koty. To zależy tylko i wyłącznie od Waszej inwencji twórczej. :)
10. GOTOWE! :)










































Mam nadzieję, że ten wpis Wam się podobał i zachęcił Was do wykonania własnego kociego flipbooka dla penpalsa. Ten szablon może posłużyć także za szablon do kartki urodzinowej. Wtedy kotu można dokleić łapki i kolorowy tort albo balony, a w środku napisać życzenia. Możliwości jest naprawdę mnóstwo! :)

Zapraszam Was także na moją stronę na Facebooku, gdzie niebawem pojawi się post konkursowy. Do wygrania będzie oczywiście flipbook! :) 
KLIK ->   Papercraft by Danka   <- KLIK 

środa, 23 sierpnia 2017

DIY - czyli zaskocz swojego penpalsa! (FLIPBOOK)

Cześć wszystkim! 
Dzisiaj chciałabym pokazać Wam trzy flipbooki, które ostatnio wykonałam dla moich penpalek. Są one naprawdę bardzo proste w przygotowaniu, a dają mnóstwo zabawy i zapewne zaskoczą pozytywnie Waszych listowych przyjaciół. 

Potrzebujecie jedynie kolorowych papierów - ja mam zwykłe techniczne bloki z kolorowymi kartkami, kleju, taśmy klejącej, nożyczek, tasiemek washi i swojej wyobraźni. Możecie bowiem puścić wodze fantazji i za temat przewodni obrać wakacje, szczęście, przyjaźń, podróże, cokolwiek! :) Możecie też po prostu wybrać kilka kolorów, w których chcecie flipbooka utrzymać. 

Pierwszy flipbook, który chcę Wam pokazać, to flipbook z jednorożcami. Papier "galaktyczny" wykonałam sama w bardzo prosty sposób. Kartkę z białego bloku technicznego pokropiłam wodą i przyłożyłam pokolorowaną różnymi kolorami mazaków folijkę. Oczywiście, działo się to za pomocą prób i błędów, ale w końcu wyszło. Jednorożcowe naklejki kupiłam w Tigerze, a resztę wycięłam z okładki zeszytu, kupionego w Biedronce. 



Drugi flipbook to flipbook, który powędrował do Finlandii, do Matildy. Powstał bardzo spontanicznie. Byłam na zakupach w Biedronce i zobaczyłam w niej zeszyt z planetami za 30 groszy. Wróciłam do domu i od razu zabrałam się do pracy! Oto, co powstało:



I ostatni flipbook, który chcę Wam pokazać, powstał bardzo spontanicznie, pewnego wieczoru, kiedy było mi bardzo nudno i postanowiłam ot tak coś podziałać z papierami. Kolorem przewodnim miał być kolor czarny i kolor złoty. Ten flipook nie ma jeszcze swojego właściciela, ale myślę, że jak nadejdą listy od penpalek, to którejś z nich go sprezentuję! :)



Na koniec chcę Wam jeszcze podrzucić mój jutubowy tutorial, czyli instrukcja jak flipbook wykonać. Jest on w języku angielskim, ale spokojnie możecie obejrzeć bez dźwięku! :)

Mam nadzieję, że post się Wam spodobał. Proszę Was o zostawienie swojej opinii w komentarzu, bo bardzo ciekawi mnie, co Wy myślicie o takiej formie listów! :)


piątek, 4 sierpnia 2017

BohaterON - pokaż, że pamiętasz!



















Cześć wszystkim! 

Rok temu dodawałam tutaj post o akcji Wyślij kartkę do Powstańca, dzięki której możecie swoimi słowami podziękować warszawskim powstańcom za wszystko, co dla nas zrobili przez 63 dni powstania w 1944 roku. 

Musimy przyznać, że wielu z nas o powstańcach pamięta jedynie w rocznicę wybuchu powstania, 1 sierpnia. Przez resztę miesięcy w roku są oni zapomniani. Fundacja Sensoria we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie, postanowiła coś z tym zrobić. Akcja BohaterON trwa od 1 sierpnia aż do października 2017 roku. W tym czasie każdy z nas może wysłać kartkę bądź list do jednego z wielu powstańców - może on być "losowy" lub wybrany przez nas z bazy, dostępnej na stronie internetowej BohaterON. Darmowe kartki, z nadrukowanym gotowym adresem do wysyłki, są dostępne między innymi w placówkach pocztowych. Jedyne, co trzeba zrobić, to napisać kilka słów od siebie i przykleić znaczek.























Dostałam już kilka pytań, jak można wysłać taką kartkę, dlatego postanowiłam krok po kroku opisać Wam ten proces. 

Będąc na poczcie możecie wziąć gotową do wysłania pocztówkę. Warto też zaopatrzyć się w znaczek pocztowy.

A teraz po kolei: 
Po pierwsze: musimy mieć coś do pisania przy sobie. Długopis, pióro, kartkę, pocztówkę, kopertę - to przyda się najbardziej.
Po drugie: zdecydować musimy, czy chcemy wysłać kartkę do "losowej" osoby, czy do kogoś konkretnego. Jeśli ma to być osoba "losowa" - wypisujemy pocztówkę, dostępną na poczcie, i gotowe. Jeśli ma to być osoba konkretna - musimy wejść na stronę BohaterON'u i wśród Powstańców wybrać jednego lub kilku.
Po trzecie: wypisujemy kartkę lub piszemy list. Możemy dołączyć rysunek, zdjęcie, co tylko podpowiada nam serce. Jeśli cicho marzymy o uzyskaniu odpowiedzi, na pocztówce lub kopercie z listem wpisać możemy swój adres.
Po czwarte: wkładamy do koperty i adresujemy w następujący sposób:
(imię i nazwisko powstańca, pseudonim)
FUNDACJA SENSORIA
UL. RACŁAWICKA 15/19
53-149 WROCŁAW





































Po piąte: przyklejamy znaczek. I gotowe! Teraz trzeba jeszcze przesyłkę wrzucić do skrzynki i cierpliwie czekać na odpowiedź. :)

Pocztówki i listy zostaną dostarczone do powstańców po zakończeniu akcji, kiedy wszystkie zostaną posegregowane, czyli mniej więcej pod koniec 2017 roku. 


Pamiętajcie, że oni gotowi byli oddać za naszą wolność swoje życie. Napiszcie chociaż "DZIĘKUJĘ". To tak niewiele, a zarazem tak ogromnie dużo. 

wtorek, 1 sierpnia 2017

"Warszawo, walcz!" - 73. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego.

Miała 11 lat i wpiętą we włosy różową różyczkę. Siedząc rano w ogrodzie przed domem, mama uśmiechnęła się i wplotła jej pachnący kwiat we włosy. Dochodziła 16:00, wtorek, 1 sierpnia 1944 roku. Dowódca spojrzał na nią z góry, zadumał się na chwilę i orzekł: ''Twój tajny pseudonim to Różyczka, do Twoich obowiązków należało będzie opatrywanie rannych i pomoc w szpitalnych salach''. Stanęła na baczność i przytaknęła skinieniem głowy. 

Godzina W. Cisza. Zaczyna się - myślała podekscytowana. Przecież wiedziała od starszych kolegów, że pogonią Niemców w dwa, góra trzy, dni. Miała na sobie kolorową sukienkę, przepaskę z czerwonym krzyżem na ramieniu. W torebce bandaże i opatrunki. Nawet nie zabrała ze sobą bielizny na zmianę. Mieszkała zaledwie kilka ulic stąd. Zawsze mogła pobiec do domu i się umyć, przebrać. Wkrótce usłyszała kilka strzałów. Rozległy się gdzieś w oddali. Jakieś krzyki. I cisza. Siedziały z koleżankami, Zosią, Alutką i Marysią na ławce pod ścianą. Serca ściśnięte w oczekiwaniu, podchodziły do gardła. Stopy niespokojnie podrygiwały. W milczeniu, spoglądały na wiszący na ścianie zegar i co kilka minut wyglądały przez uchylone lekko okno. 

Przynieśli go na noszach, w trójkę. Ubrania całe mieli ubrudzone kurzem. Spojrzeli po sobie i bez słowa wyszli. Została sama w sali. Chłopak na noszach cicho pojękiwał, zaciskając dłonie w pięści. Zapach krwi unosił się w powietrzu. Kręciło jej się w głowie i przez chwilę gotowa była się rozpłakać, ale wtedy przypomniała sobie słowa powstańczej przysięgi, składanej przed dowódcą i oddziałem powstańców. Pomagać rannym, dzielnie służyć w imię wolnej Polski... Klęknęła przed rannym chłopakiem. Wiedziała, co robić. Szkoliła się przez kilka dni, bez ustanku, dzień w dzień, pod okiem prawdziwej szpitalnej pielęgniarki - siostry Zosi, która zgodziła się nauczyć dziewczynki, jak zakładać bandaż, jak sprawdzić, czy ranny oddycha kiedy jest nieprzytomny, jak opatrzeć ranę. Chłopak spojrzał na nią błagalnym wzrokiem, mocno zagryzając wargi. Musiała działać. Nożyczkami rozcięła nogawkę u spodni. Dłonie zalała krew. Przewiązała, zacisnęła, opatrzyła. Kropelki potu spłynęły po jej czole, kiedy już było po wszystkim. Dała radę! Uratowała życie! Ona, 11-letnia sanitariuszka Różyczka...





Mieli tyle lat, ile masz Ty i ja. Stanęli ramię w ramię, by walczyć o Twoje i moje życie. 
Żebyśmy mogli żyć w Polsce, mówić po polsku i śpiewać polski hymn bez strachu. 

Nie zapomnij dzisiaj o tych, którzy za Ciebie oddali swoje życie - najcenniejszy dar, który posiadali. Zatrzymaj się, pomyśl, podziękuj. Dla Ciebie to tylko chwila, jedna minuta, dla nich - szacunek i godność. 
Żyją, dopóki trwa pamięć. A pamięć o tym, co dla nas zrobili - powinna być wieczna. 
Wolność łączy.

Pamiętaj. 1 sierpnia, godzina 17:00. 





***
tekst: DP.
źródło zdjęcia: Muzeum Powstania Warszawskiego w Warszawie.
źródło filmiku: youtube.com

poniedziałek, 17 lipca 2017

Morski flipbook.

Cześć wszystkim! :)

Dzisiaj chciałabym pokazać Wam flipbooka, którego ostatnio wykonałam dla penpalki z Turcji. Pomysł na zarys jego wyglądu pojawił się w mojej głowie dokładnie tego czerwcowego dnia, kiedy w Biedronce chwyciłam w swoje dłonie blok kreatywny z morskimi motywami.
Niestety, przez całe zamieszanie z dokańczaniem pracy licencjackiej i egzaminem dyplomowym, nie miałam za dużo wolnego czasu, który mogłabym poświęcić pracom kreatywnym. ;) Flipbook zatem powstał dopiero w zeszłym tygodniu.

Do jego wykonania użyłam wspomnianego bloku kreatywnego z Biedronki, bloku technicznego z kolorowymi kartkami, nożyczek, linijki, kleju, taśmy washi z Netto - niebieskiej, naklejek z pirackim motywem z Biedronki (były w promocji i kosztowały 1,24zł), ołówka, folii bezbarwnej, niebieskiego długopisu. Bazą pierwszej strony jest szablon z magazynu Papercraft. Wpisując cytat "Happiness comes in waves", zabrakło mi miejsca i musiałam zrezygnować z drugiego S. Mam jednak nadzieję, że nie skreśla to mojej pracy jako całości i penpalka wybaczy mi ten mały błąd. :)
Prezenty we flipbooku też były tematyczne, a więc związane z morzem. :)

Dajcie mi koniecznie znać w komentarzu, co sądzicie i czy sami kiedyś próbowaliście zrobić flipbooka dla swojego penpala. :)




























































































































































































poniedziałek, 10 lipca 2017

Welcome to Cracow!

Cześć wszystkim! 

Muszę przyznać, że ostatnie tygodnie spędziłam na czymś, czym powinnam zajmować się praktycznie od października. Mianowicie - mogę chyba wydać poradnik pod tytułem: "Jak napisać licencjat, zaliczyć wszystkie przedmioty i nauczyć się do egzaminu dyplomowego w tydzień". Najlepszą motywacją jest deadline! Szczerze mówiąc - cieszę się, że mam to za sobą, ale w środku czuję pewien niedosyt i rozczarowanie samą sobą.
Jutro okaże się, czy udało mi się dostać na studia magisterskie. Można zatem przez chwilkę chociaż potrzymać za mnie kciuki. :)

Na początku maja byłam z rodzinką w kilku klimatycznych miejscach. Pierwszym z nich jest nasz sławny Gród Kraka, czyli po prostu - Kraków. Muszę przyznać, że to pełne uroku i magii miasto. Podobałoby mi się jeszcze bardziej, gdybym miała okazję zwiedzać je we mgle, ciężkich kroplach deszczu na parasolce, stąpając po kolorowym dywanie jesiennych liści. W Krakowie najbardziej spodobała mi się galeria obrazów przy Bramie Floriańskiej. To miejsce, w promieniach słonecznych, wydaje się być jak nie z tego świata. Pełne blasku, kolorów, ciepła... Na drugim miejscu znalazły się krakowskie planty. Sklepienia z gałęzi drzew, przedzierające się przez nie promyki zachodzącego już słońca, śpiew ptaków wśród zieleni liści... 
Podczas naszej wyprawy mieliśmy okazję zjeść obiad w rosyjskiej restauracji, nieopodal rynku. Ja wybrałam sobie syberyjskie pielmieni, gdyż już od dawna chciałam ich spróbować, a moja mama kijowski barszcz. Restauracja Wiśniowy Sad. Kuchnia rosyjska to miejsce z duszą. Drewniane stoły, usłane czerwonymi obrusami, pyszne jedzenie, półki pełne rosyjskiej literatury, samowar i snująca się, subtelnie muskająca ucho, muzyka z kraju carów. 
Wyprawa do Krakowa nie mogła się odbyć bez zakupu pocztówek, to chyba oczywiste? :D  Przywiozłam ich aż 60! Dodatkowo, zabraknąć nie mogło krakowskich obwarzanek z sezamem, które także przywiozłam ze sobą do domu i które zjedzone zostały na kolację. 

Na koniec zostawiam Wam kilka migawek, uchwyconych aparatem w majowym Krakowie. :) Możecie też, w komentarzach, napisać, co Wy najbardziej lubicie w tym mieście, co Was w nim urzeka, które miejsca najchętniej odwiedzacie, gdzie zostawiacie fortunę, kupując tuziny pocztówek. :) 

Ściskam!